Maks Suski
Dyskoteki, prywatki, balangi, imprezy, imieniny, urodziny, zwykłe popijawy - oj, sporo tego było w filmach peerelu! Niektóre były na tyle niezwykłe, że warto je przypomnieć.
Impreza-nieimpreza (dziewczyna z anteną).
W filmie Yesterday sięgamy do lat 60. - apogeum popularności “chłopców z Liverpoolu”. Młodzież - nawet, wydawałoby się, inteligentna - wariuje kompletnie na punkcie Beatlesów, organizując czterochłopcowe zespoły muzyczne; przybiera nawet imiona idoli, nie wspominając o bałwochwalczym naśladownictwie w sferze wyglądu zewnętrznego.
Ale jak ta młodzież potrafi się bawić! Koledzy, urwawszy się z oficjalnej uroczystości na cześć Walentyny Tierieszkowej, spontanicznie robią sobie imprezę w sali gimnastycznej. Puszczają ulubione kawałki Beatlesów z pocztówki dźwiękowej na gramofonie Bambino. Woda sodowa uderza do głowy, pojawiają się papierosy, najprzystojniejszy “Johny” (Andrzej Zieliński) ciągnie najładniejszą dziewczynę (Ania - Anna Kaźmierczak) do sportowego magazynku w wiadomym celu… Nie mieli nawet taniego wina. Aż w głowie się kręci z niedowierzania. Kto dziś, w epoce CD, DVD i LSD, byłby zdolny do wywołania takiej jazdy bez wspomagania?
Do tego wspaniały seks: w Yesterday oglądamy chyba jedną z najpiękniejszych scen erotycznych w historii peerelowskiego kina. Przypadek sprawia, że Anna spędza noc w tym samym łóżku co Ringo (Piotr Siwkiewicz). Ten co wieczór słucha Radia Luxembourg, poprawiając fatalny zazwyczaj odbiór stacji przez ciągłe ustawianie anteny. Prosi Annę o pomoc w trzymaniu drutu… Ona, rozebrana do naga, wstaje i chodzi z anteną po pokoju. Gdy ze wstydem zakrywa rękami piersi, muzyka cichnie - Anna musi znowu podnieść ręce i trzymać antenę nad głową, żeby z głośnika popłynęło bez zakłóceń “…oh, I believe in yesterday…”. I tak już cały czas… Majstersztyk, panie Piwowarski!
Janosikowo-psychodelicznie
W Jak daleko stąd, jak blisko natrafiamy na imienino-urodziny (do końca nie wiadomo, jaka to okazja) głównego bohatera Andrzeja (Andrzej Łapicki). Fakt, że na imprezie pojawiają się postaci dawno zmarłych już osób - m.in. Max (khe, khe) czyli Gustaw Holoubek - zrzucić należy na karb filozofującej formy obrazu. Równie nadzwyczajni są żywi goście, np. nawiedzony grubas, typ działacza partyjnego zapowiadający rychłe nadejście końca świata. Ale najważniejsza jest muzyka: kompletnie psychodeliczna, zawodząca, grana przez niby ludowy zespół, z wokalem - uwaga - Jerzego Cnoty (ten z Janosika!). Film pochodzi z roku 1972, jednak taki, weźmy na przykład, zespół Portishead nie dorasta Jerzemu Cnocie i jego kapeli do pięt. Sami posłuchajcie przy okazji niesamowitego wycia: “Ja wiem, ja wiem, że tak się stanie. Powiemy sobie wszystko. Za siódmą góra pożegnanie, za siódmą przyjdzie rzeką… Nie, nie, nie zawołam łzami Boga, bo przecież będziesz blisko…” Do tego Zdzisław Maklakiewicz tańczący na stole i lewitujący. Ale impreza!
Drobnomieszczańsko
Na ciekawą historię związaną z przyjęciami natrafiamy w niezawodnym Czterdziestolatku. Odcinek “Kosztowny drobiazg czyli rewizyta” to ostrzeżenie przed zbytnim zaangażowaniem w styl bycia “dyrektora”. Na proszone przyjęcia trzeba elegancko się ubierać (krawaty!), przychodzić z żoną albo osobą towarzyszącą (której wcześniej należy kupić drogą suknię), zwracać do większości gości “proszę pana” i znosić mnóstwo podobnych niewygód. Później wypada urządzić w rewanżu swoje przyjęcie, przebudowując w tym celu mieszkanie.
Niby komedia, ale dziw bierze, że mnóstwo ludzi do dziś się w ten sposób “bawi”.
Na szczęście, żeby cały świat nie stał się jedną wielką drętwotą, sprawy w swoje ręce biorą dzieci (Jagoda), urządzając normalną, regularną prywatkę. Nadzieja wróciła, różnica stylów została wyrównana.
Niedościgniona megaimpreza
Najwspanialsza, najbardziej imprezowa impreza, jaką pamiętam z małego ekranu pokazana została w filmie Dzięcioł. Stefan Waldek (Wiesław Gołas) od pewnego czasu obserwuje przez domową lunetę prywatkę toczącą się na okrągło w bloku naprzeciwko (piętnastopiętrowce osiedla Za Żelazną Bramą w Warszawie). Podczas nieobecności żony przypadkiem udaje mu się na nią dostać.
A impreza jest doprawdy nadzwyczajna. W rytm big-bitowej muzyki po nie-wiadomo-czyim mieszkaniu snują się roznegliżowane panienki. Gwar, tłum, alkohol, taniec w narkotycznej atmosferze i mgle pomarańczowej poświaty tworzą niezwykły klimat. Nikt nikogo nie zna, wszyscy świetnie się bawią, jedzą, piją, palą. Jak mówi Stefanowi Waldkowi przypadkiem spotkany w przedpokoju gość: “Gospodarz? Podobno był tu jakiś gospodarz, ale ja już od trzech tygodni próbuję go poznać i nic. Tu już czwarte pokolenie się bawi. - A jak pan tu trafił? - Tak jak pan. Usłyszałem, że jest składkowa prywatka; wpadłem i tak już zostałem. To samograj, perpetuum mobile. Każdy przynosi pół litra, a wypija najwyżej 2-3 kieliszki. Z jedzeniem trochę gorzej, ale też przynoszą. Odsuńmy się od drzwi, bo między 20 a 30 przychodzi inkasent i od najbliżej stojącego bierze za światło i gaz.
Ta niekończąca się impreza to wzór wyobrażenia o prywatkach lat 70.: beztroska, wolność, wieczna zabawa. Czy są jeszcze takie?