W szkole dla służących, prowadzonej przez rodzeństwo Benjamenta, dzieją się dziwne rzeczy. Kiedy Jacob von Gunter przekracza próg Instytutu, znajduje się w przestrzeni naznaczonej tajemnicą. Staje się też częścią układu, który łączy Lisę i Johannesa - wzajemnej erotycznej fascynacji, przeniesionej przez oboje na nowego ucznia. Również widz podążający za Jacobem po zakamarkach uczelni, poznaje świat niepokojący i wciągający zarazem. Otwierają się przed nim zupełnie nowe przestrzenie, choć w całości utkane z elementów przeszłości. W Instytucie czas płynie inaczej, właściwie panuje tam swoisty bezczas.
Instytut Benjamenta to pierwszy pełnometrażowy film aktorski braci Quay - przede wszystkim twórców animacji. Stephen i Timothy są bliźniakami. Urodzili się w 1947 roku w Filadelfii, jednak obaj bardziej niż amerykańską popkulturą, zainteresowani byli europejską literaturą i sztuką. Pod koniec lat 60. opuścili rodzimą Pensylwanię i przenieśli się do Londynu, gdzie studiowali w prestiżowym Royal Collage of Art. Kiedy po kilku latach spędzonych w Holandii wrócili do Anglii, założyli własne studio Konnick Films, w którym do dziś produkują swoje filmy.
Bracia Quay - tak nazywają siebie oficjalnie. Od początku stanowią tandem i jako artyści praktycznie są nie do rozróżnienia. Mimo że Instytut Benjamenta jest obrazem wyjątkowym w dorobku Quayów, to jednocześnie w pełni wyraża ich styl. Artystyczne i estetyczne korzenie Timothy'ego i Stephena wyrastają z tradycji europejskiej, z surrealizmu, ekspresjonizmu, literatury przełomu wieków XIX i XX. Inspirację stanowi dla nich proza m.in. Franza Kafki, Brunona Schulza (animowana Ulica Krokodyli) czy Roberta Walsera (na podstawie jego powieści powstał Instytut... właśnie). W ich filmach piękno jest chorobliwe, wykoślawione. Bracia Quay tworzą na ekranie własny świat z pozostałości po świecie minionym. Czasami bolesne, czasami okrutne, lecz niezmiennie fascynujące obrazy, którym zazwyczaj towarzyszy muzyka stale współpracującego z Quayami Polaka Leszka Jankowskiego. Zresztą bracia Quay - jak na niezależnych twórców przystało - nie obawiają się również wprowadzać do swoich animacji tekstów w językach innych niż angielski. W Ulicy Krokodyli (1986) na przykład jedynym komentarzem z offu jest czytany po polsku fragment opowiadania Schulza. Nawet w późniejszym krótkim filmie De Artificiali Perspectiva (1991) narratorem jest Witold Scheybal - aktor osiadły w Londynie, który z twardym, polskim akcentem opowiada o sztuce anamorfozy. Te wszystkie elementy: przedmioty wydobyte z lamusa, atmosfera sennego marzenia, muzyka, literackie i historyczne inspiracje składają się na ich "osobny" styl. Bracia Quay przede wszystkim zajmują się animacją lalkową i nawet w filmie aktorskim stworzone przez nich postacie są częścią wykreowanej przestrzeni, częścią obrazu. Stephen i Timothy to swego rodzaju alchemicy lalek. Porcelanowe, stare, obtłuczone, porzucone - przed kamerą amerykańskich animatorów zyskują drugie życie.
Bracia Quay należą do grona najciekawszych współczesnych przedstawicieli animacji autorskiej. Dla ich "europejskiego dziedzictwa" (a nawet można zaryzykować określenie "wschodnioeuropejskiego") niebagatelny wydaje się też wybór techniki: tradycyjnie realizowanej animacji przedmiotowej (do której zaliczają się filmy lalkowe, kukiełkowe i wycinankowe). Z tego punktu widzenia szczególnie ciekawym filmem w dorobku Timothy'ego i Stephena Quay jest obraz The Cabinet of Jan Svankmajer - hołd złożony wybitnemu animatorowi czeskiemu, a równocześnie swoiste "wyznanie wiary" autorów. W tej 14-minutowej animacji pokazują demiurga, który w gabinecie osobliwości kreuje swoje obrazy. Bracia tworzą pewnego rodzaju kolaż wątków pojawiających się w pracach Czecha: jego fascynację naturą, groteskowe spojrzenie na rzeczywistość, a także inspiracje praskim dworem Rudolfa II, m.in. obrazami Arcimbolda. Jan Svankmajer to jedna z największych indywidualności świata animacji, a zarazem postać, która wywarła chyba największy wpływ na braci Quay. W swoich filmach animuje niemal wszystko - od przedmiotów codziennego użytku po plastelinowe postacie, chętnie łączy także plan animowany z aktorskim. Svankmajer zwykle portretuje ludzkie okrucieństwo i głupotę, do rzeczywistości jednak ma stosunek ironiczny. Jako artysta działa trochę jak XVI-wieczni alchemicy (ci poszukujący kamienia filozoficznego dla Rudolfa II) - ze szczątków rzeczy, przypadkowych przedmiotów powstaje zupełnie nowa jakość, nowa materia (np. krótkie Historia Naturae, Suita; Możliwości dialogu; Do piwnicy, a także trzy filmy długometrażowe: Coś z Alicji na podstawie Lewisa Carrolla, Spiskowcy rozkoszy i Otesanek - historię konara, który zamienia się w chłopca).
Choć nowatorstwo i osobność Svankmajera w dziedzinie animacji przedmiotowej są niepodważalne, to wyrasta on ze środowiska, w którym animacja lalkowa cieszyła się - i nadal cieszy - popularnością. Wielkim poprzednikiem Svankmajera był Jiri Trnka (ur. 1912), legenda czeskiej animacji, autor Historii kontrabasu, animowanych Przygód dobrego wojaka Szwejka czy świetnych obrazów Kyberneticka babicka i Archandel Gabriel a pani Husa. Do znanych na świecie Czechów realizujących animację przedmiotową należy także Jiri Barta, twórca filmu Zanikly svet rukavic (1982). Z młodszego pokolenia zaś wyróżniają się filmy Aurela Klimta (rocznik '72) - przesycony czarnym humorem, zabawno-gorzki Upadek (1999) czy pełnometrażowa animacja lalkowa Fimfarum Jana Wericha (2002) zrealizowany do spółki z Vlastą Pospisilovą.
Ale animacja przedmiotowa to także mocna strona twórców z Polski i Rosji. Prekursorem animacji lalkowej był przecież na początku XX wieku Władysław Starewicz - mieszkający w Rosji Polak. Bohaterami jego filmów były owady, które przeżywały perypetie rodem z popularnych romansów: Konik polny i mrówka, Zemsta operatora filmowego czy W szponach pająka. Znawcy twórczości braci Quay do grona bliskich im twórców włączają także dwóch wybitnych autorów filmów animowanych z Polski: Jana Lenicę i Waleriana Borowczyka, którzy w latach 50. pracowali razem, tworząc takie obrazy jak Nagrodzone uczucia, Był sobie raz, Dom. Natomiast jednym z najbardziej niezwykłych mistrzów rosyjskiej animacji jest Jurij Norstein. Początkowo pracował jako animator przy takich radzieckich lalkowych przebojach jak Kiwaczek lub - mniej znany, ale zachwycający - Mój zielony krokodyl. Sam zajmował się animacją wycinankową, w której w latach 70. osiągnął mistrzostwo. Jeżyk we mgle czy Bajka nad bajkami łączą plastyczną doskonałość z techniczną biegłością. Filmy Norsteina przesycone są melancholią, to piękne i smutne obrazy. I mimo że nie wiążą się bezpośrednio ze stylem prac Svankmajera, braci Quay czy Starewicza, to trudno ich nie przywołać, nawet w tak skrótowym ujęciu tematu.
Bracia Quay, Jan Svankmajer czy Jurij Norstein to twórcy, którzy od lat bronią swojej pozycji autorów filmu animowanego. Ich prace nie mają szans trafić do szerokiej publiczności, czasami oni nie mają możliwości zrealizowania swoich projektów, lecz taka jest cena niezależności. Na zakończenie jednak warto wspomnieć o filmowcach, którzy lalkową animację autorską realizowaną tradycyjną techniką poklatkową wprowadzają "pod strzechy" i to ze sporym komercyjnym sukcesem. Pierwszym jest Nick Park, autor Wallace'a i Gromita oraz Zwierzozwierzeń, drugim zaś Tim Burton - twórca Vincenta, Miasteczka Halloween i Gnijącej Panny Młodej. Oczywiście to wyjątki w morzu komputerowych animacji zalewających nasze ekrany. Ale pocieszające jest, że od czasu do czasu takie wyjątki pojawiają się na naszych ekranach.
Marta Miś