10. marca 2010
Strona Główna > Cinemania
TERAZ / ZA CHWILE : 18:15 Pod znakiem Wenus | 20:00 Bobby Deerfield
 
space
CINEMANIA
sep
Dwa w jednym


Jest takie powiedzenie w branży filmowej, mówiące, że różnica między reżyserem a aktorem jest taka, jak między twórcą a tworzywem. Nic więc dziwnego, że najbardziej ambitni spośród ludzi ekranu chcą spróbować swych sił również z drugiej strony kamery. Lista reżyserów-byłych aktorów jest imponująca. Poza tak pierwszoligowymi aktorami, jak Clint Eastwood, Kevin Costner, George Clooney, Nicolas Cage, Mel Gibson czy Jodie Foster, którzy odnieśli większy lub mniejszy reżyserski sukces, istnieje też druga strona medalu - całkiem pokaźna grupa szacownych reżyserów, którzy swe pierwsze kroki w przemyśle filmowym stawiali właśnie jako aktorzy. W większości grali epizodyczne lub drugoplanowe postaci i szybko dochodzili do wniosku, że bycie twórcą znacznie bardziej odpowiada ich temperamentowi niż bycie tworzywem w cudzych rękach. Tak zaczynał m.in. Sydney Pollack - reżyser Pożegnania z Afryką, Tootsie i Czyż nie dobija się koni. Kolejna podgrupę tworzą reżyserzy, którzy występują tylko we własnych filmach lub filmach swoich najbliższych znajomych, a ich pobyt na ekranie traktowany jest z przymrużeniem oka - to m.in. Woody Allen czy Quentin Tarantino. Osobnym zjawiskiem był Alfred Hitchcock pojawiający się zawsze na chwilę w swoich obrazach, jednak na tyle zamaskowany lub ucharakteryzowany, że tylko wprawne oko zagorzałego fana mogło go rozpoznać.

Z całej plejady aktorów próbujących swych sił po drugiej stronie kamery największy sukces odniósł niewątpliwie Clint Eastwood - za swój film Za wszelką cenę otrzymał nie tylko Oscara za najlepszy obraz roku, ale również za reżyserię, wygrywając z Martinem Scorsese i Mike'em Leigh. Eastwood stał się reżyserem, gdy jego aktorska gwiazda jako następcy legendarnego Johna Wayne'a, powoli zaczęła blaknąć. Jednak Eastwood, znany z mało spektakularnych początków i błyskotliwych rezultatów, jest żywą ilustracją niesławnego sloganu premiera Millera, że mężczyznę można poznać po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. Jako aktor zaczynał w trzeciorzędnych westernach, a stał się ikoną twardziela - zimnego drania cedzącego przez zęby groźby. Jako reżyser debiutował filmem Zagraj dla mnie Misty - obrazem, z którego pamięta się tylko tytułową piosenkę. Od początku lat 90., gdy Eastwood stanął za kamerą, nakręcił do chwili obecnej ponad 30 filmów. Najsłynniejsze z nich to Bez przebaczenia (za który również skosił dwa Oscary: za reżyserię i najlepszy film), Rzeka tajemnic, Żółtodziób, Kosmiczni kowboje i Krwawa profesja.

Clint Eastwood jest, prawdopodobnie, najbardziej oszczędnym filmowcem zarówno jeśli chodzi o czas, jak i o pieniądze. Zwykle kończy zdjęcia przed terminem i nie przekracza budżetu produkcji. Współpracuje stale z tą samą ekipą, dzięki czemu efektywność pracy jest większa, a nie lubi wydawać ani dolara ponad to, co konieczne. Stare hollywoodzkie porzekadło mówiące, że przeciętnie aktor przez 60 procent swojego czasu jest bezrobotny (chyba że kelneruje w knajpie w Beverley Hills) i marzy w gruncie rzeczy o tym, by stanąć za kamerą i samemu decydować, kto pracuje, a kto nie - w wypadku Clinta Eastwooda sprawdza się w 100 procentach.

W filmach klasy B zdarza się nagminnie, że wariaci opanowują szpital i zaczynają rządzić medycznym personelem. Jeśli przenieść tę kliszę w świat filmowy, stanęlibyśmy twarzą w twarz z sytuacją analogiczną do tej, gdyby planem filmowym zawładnął aktor - wyrzucił reżysera i sam zakasał rękawy. Jeśli tym aktorem byłby John Turturro, to byłby to prawdziwy dom wariatów. Turturro, ukochany aktor braci Coen, jako reżyser zadebiutował rodzinną sagą zatytułowaną Mac. Ta autobiograficzna historia jest pod każdym względem solidną robotą, nie odróżnia się jednak zbytnio od każdej innej sentymentalnej produkcji, odwołującej się do emigranckich serc. Nie Mac, ale o rok późniejsza Illuminata stała się legendarnym przykładem tego, co się dzieje, gdy aktor staje za kamerą. Jest to opowieść o trupie aktorskiej, przedziwnej mieszance wymyślonych i historycznych typów, rozgrywający się gdzieś w fikcyjnej rzeczywistości stworzonej z Nowego Jorku, Włoch i wiktoriańskiej Anglii. Sam Turturro gra w swoim filmie Tuccia - nieszczęsnego producenta, któremu okrutne społeczeństwo przeszkadza w wystawieniu sztuki. Ale dlaczego aż trzech innych aktorów wygłasza jego kwestie - tego nie widzą nawet najbardziej oświeceni. Illuminata jest jednym z najgorszych i najbardziej bełkotliwych filmów wszech czasów, jednak ci, którzy kochają Turturro za Big Lebowskiego, kochają również i ten uroczy galimatias.

Lepiej dzieje się, gdy aktor przyciśnięty reżyserką potrzebą potraktuje swój obraz jak grę, a nie jak wiekopomne dzieło. Tak, jak to zrobił George Clooney biorąc się za scenariusz Charliego Kaufmanna Wyznania niebezpiecznego umysłu. Trzeba przyznać, że Clooney, błyskotliwy aktor i bożyszcze kobiet, w swoim reżyserskim debiucie nie poszedł na łatwiznę. Musiał poradzić sobie z absurdalną, wielowątkową fabułą, która bardziej nadawała się dla Spike'a Jonze'a niż dla debiutanta. Nawet dla tak słynnego i utalentowanego debiutanta. Wyznania niebezpiecznego umysłu to biografia Chucka Barrisa, legendarnego producenta telewizyjnego, człowieka, który wymyślił format Idola i Randki w ciemno, a równocześnie twierdził, że przez 20 lat był tajnym zabójcą na usługach CIA i na ich zlecenie zabił 33 osoby. Zakręcony scenariusz Charliego Kaufmanna długo nie mógł doczekać się realizacji, aż wpadł w ręce Clooneya. Aktor, niezrażony brakiem zapału profesjonalnych reżyserów, zapalił się do projektu i postanowił wyreżyserować film za friko. "Co więcej, czułem - wyznaje Clooney - że uda mi się zagrać na koleżeńskiej lojalności i ściągnąć sławnych aktorów, kolegów po fachu, żeby zagrali w Niebezpiecznym umyśle również za darmo" I tak Clooney - aktor/reżyser omamił Julię Roberts i Drew Barrymoore i wyszedł z tego karkołomnego przedsięwzięcia obronną ręką. Jedynym felerem filmu była postać drętwego agenta CIA, którego grał sam Clooney - tu dowiódł, że mądrość ludowa nie kłamie i szewc zawsze bez butów chodzi.

Kolejny obiegowy mit o aktorach-reżyserach mówi, że są oni lepszymi reżyserami, gdyż mając doświadczenie z drugiej strony kamery lepiej dogadują się z własnymi aktorami. Jest to niewątpliwie prawda w przypadku takich osób jak Nicolas Cage (reżyser Sonny'ego) czy Denzel Washington (reżyser Antwone'a Fishera), którzy wzięli na warsztat studium psychologiczne jednej postaci. Aktorzy, szczególnie amerykańscy, trenowani są przede wszystkim w pokazywaniu emocji, dlatego doskonale radzą sobie z kameralnymi psychologicznymi dramatami. Gorzej natomiast wychodzą im filmy - freski, gdzie rozmach i wielowątkowość drugiego planu zaczyna ich przytłaczać. Wyjątkiem może być tu Kevin Costner i jego panoramiczny fresk Tańcząc z wilkami.

Wyjątkiem od tej reguły jest również Kevin Spacey, który na fali aktorskich debiutów reżyserskich lat 90. również pokusił się o nakręcenie filmu Biały aligator. "Są dwa sposoby motywowania aktorów - mówi Spacey - kijek i marchewka. O ile większość reżyserów to straszni krzykacze, wrzeszczący na aktorów i ekipę, używający wyłącznie kijka, to aktorzy-reżyserzy, w tym ja, wolą miękką władzę i podchodzą do swoich ludzi z marchewką. Wiem jak to jest, przez kilka tygodni zdjęć, dzień w dzień znosić razy reżysera egomaniaka". Spacey być może był miękkim reżyserem na planie, jednak film, który nakręcił nie jest bynajmniej lekką, letnią bajeczką, lecz okrutną i ociekającą krwią historią walki o przetrwanie. Jak na debiutanta, i to z bagażem aktorskim, Spacey poradził sobie świetnie - stworzył film mogący wizualnie konkurować z Alphaville, a pod względem poprowadzenia postaci z Podejrzanymi. Trzeba przy tym pamiętać, że Spacey kręcił Białego aligatora jeszcze zanim stał się megagwiazdą z Siedem, American Beauty i Tajemnicami Los Angeles na koncie. Po pierwsze oceniany był o wiele surowiej jako jeden z wielu, a po drugie nie korzystał z ułatwień i znajomości jak Clooney przy kręceniu Niebezpiecznego umysłu. W jednym z wywiadów powiedział, że "Biały aligator to jego próba stworzenia czegoś własnego, a nie robienia filmu wyłącznie dla pieniędzy." Jest to ciekawe stwierdzenie w ustach aktora/reżysera, bo, jak sobie przypomnimy, pionierzy kina tacy jak Charlie Chaplin czy Buster Keaton stanęli za kamerą wyłącznie z powodów finansowych, mieli bowiem już dość producentów krętaczy i reżyserów naciągaczy.

Jak widać, aktorzy za kamerą to nie przelotny trend (choć zdecydowanie nasilił się w ostatnich latach) i nic nie wskazuje na to, żeby miał się ku końcowi.

Ewa Szabłowska

space
Cinemania
Tapety
Dziesiątka